WYWIADY 

Piotr Rogucki: z miłości do fanów [wywiad]

Właśnie wydał nowy solowy album „J.P. Śliwa” – koncept składający się z płyty, dramatu i przedstawienia teatralnego. Nam Piotr Rogucki opowiada o chaosie współczesności, nowej płycie Comy i życiu z fanami.

 

Dzika Banda: Twój najnowszy album „J.P. Śliwa” zaskoczy wielu fanów Comy.

Piotr Rogucki: Wiesz co, prawda jest taka, że fani Comy zazwyczaj ignorują moją twórczość solową. Zauważają ją, obdarzają komentarzem w stylu „what the fuck” i dalej słuchają Comy. Znaleźli sobie najlepsze wytłumaczenie dla mojej solowej działalności – po prostu uznają, że nie istnieje (śmiech).

To w takim razie dla kogo nagrywasz solowe albumy?

Dla siebie (śmiech). A poważnie – dla każdego, kto szuka w muzyce czegoś więcej niż riffów. Przekaz tekstowy na „J.P. Śliwie” i każdym innym moim albumie jest równie ważny, co na płytach Comy, ale muzyka jest inna. Na solowych płytach mogę szukać zupełnie innych dźwięków. Słucham tego, co dzieje się w muzyce elektronicznej, popowej i próbuję wyciągnąć coś z tego dla siebie. Bawić się dźwiękiem, eksperymentować, przekraczać granice, których nie mogę przekraczać grając w konwencji Comy. „J.P. Śliwa” to właśnie efekt takich dźwiękowych poszukiwań.

Powiedziałeś kiedyś, że to album będący odpowiednikiem abstrakcyjnej, artystycznej instalacji.

Powiem więcej – życie w wielkim mieście jest taką gigantyczną artystyczną instalacją, w której wszystkiego jest po trochu. Skaczemy od tematu do tematu, o dziewiątej rano uznajemy, że zdrowo się odżywiamy i propagujemy zdrowy tryb życia, idziemy więc biegać. Godzinę później zapalamy papierosa i pijemy kawę. Chcemy odpoczywać, ale pracujemy itp.… Słuchamy radia, przeskakujemy na chwilę na telewizję, sprawdzamy wiadomości w sieci, ale niczego nie przyswajamy na poważnie. „J.P. Śliwa” jest czymś w rodzaju instalacji, bo raz próbuje oddać ducha naszych czasów i pokazuje w warstwie tekstowej to jak nasze życie składa się ze strzępków zdarzeń. Dwa wreszcie – „J.P. Śliwa” to koncept składający się z płyty, dramatu i przedstawienia teatralnego, do którego prawdopodobnie dojdzie w przyszłym roku. Więc w jakimś sensie jest to instalacja.

Na solowych płytach mogę szukać zupełnie innych dźwięków. Słucham tego, co dzieje się w muzyce elektronicznej, popowej i próbuję wyciągnąć coś z tego dla siebie. Bawić się dźwiękiem, eksperymentować, przekraczać granice, których nie mogę przekraczać grając w konwencji Comy.

Znajdziesz w tym zamieszaniu dookoła „J.P. Śliwy” czas na Comę? Nie wydaliście albumu od czterech lat.

Od trzech lat w sumie pracujemy nad nową płytą i pewnie wyjdzie w przyszłym roku. I to z kolei będzie rzecz zupełnie Comowa, skierowana do naszych odbiorców. To znów będzie ciężki rock rodem z lat 80. A w warstwie tekstowej, no to będzie trudna sprawa (śmiech).

Bo?

Bo nowy album Comy będzie traktatem rozprawiającym się z prawem i sprawiedliwością. (śmiech)

Słucham?

Nie, no nie z partią (śmiech). Po prostu próbuje się zagłębić w duchowość współczesnego człowieka. Pokazać nasze problemy z brakiem autorytetów, ideałów. Dlatego mówię, że to taki traktat o duchowości. Myślę, nie chcę zapeszać, ale to chyba będzie najbardziej dopracowana płyta Comy – zarówno w kwestii muzycznej jak tekstowej.

Powiedz mi skąd u ciebie ta potrzeba podsumowywania rzeczywistości – większość płyt Comy to walka ze światem, „J.P. Śliwa” to opis kondycji współczesnego Polaka…

Ale to nie potrzeba podsumowywania, nie nazwałbym tego tak. To raczej obserwacja naszej rzeczywistości i zatrzymywanie się, koncentrowanie na tym, co zazwyczaj w natłoku chaosu codzienności jest ignorowane. Czyli ludzkiej duchowości, religijności, spokoju wewnętrznego. Żyjemy w świecie pełnym sprzeczności, dysonansów i pustki. W moich piosenkach próbuję to opisywać.

 

Jesteś idealistą?

Byłem. Wychowany, jako harcerz, chłopak który chce naprawiać świat. Przez lata grania z Comą wyzbyłem się jednak tego naiwnego idealizmu. Wiary, że tu i teraz naprawię świat. Nabrałem dystansu, ale zdrowego – wciąż w tekstach piszę o tym, co mnie dotyka, boli, ale z większym rozsądkiem podchodzę do tego, jak to jest odbierane.

To znaczy? Pamiętam, że dookoła Comy w pewnym momencie stworzyło się coś na kształt małej sekty.

Bo tak było. Najbardziej zatwardziali fani zespołu zaczęli traktować nasz przekaz w skali jeden do jeden. A tak się nie da. Nie można myśleć, że jesteśmy kimś w rodzaju „głosicieli prawd”. Jesteśmy zespołem rockowym. Gramy koncerty, bawimy się konwencją muzyki, ale nie możemy brać odpowiedzialności za czyjeś życie czy śmierć. W pewnym momencie, gdy fani zaczęli podchodzić do mnie i mówić mi – twoja piosenka uratowała mi życie, zacząłem się bać. Może nie tyle bać – co poczułem pewien dysonans. Tak naprawdę to tylko piosenka i nie wiem, co mam odpowiedzieć takiej osobie. Potem zacząłem myśleć – ile osób mogło odebrać sobie życie przez moje piosenki? I to był zbyt wielki ciężar.

Dlatego zacząłeś wydawać solowe płyty? Żeby się odciąć od fanów?

Też. Przede wszystkim musiałem im pokazać, że Coma to nie wszystko. Że poza Comą robię inne rzeczy. Jestem aktorem, przyjąłem angaż, jako juror w „Must Be the Music”. Im szybciej fani uświadomią sobie, że Coma to nie styl życia, to nie jedyna możliwa droga duchowego rozwoju, a tylko muzyka, tym szybciej będą wolni. Więc to nie tak, że wypiąłem się na fanów – po prostu dla zachowania zdrowia psychicznego i pokazania im, że istnieje świat poza zespołem, zacząłem zajmować się innymi rzeczami.  W jakiś sposób ich uwolniłem. Zresztą w Comie też mocno podkreślamy konwencję – maluję się na koncertach, zakładałem czerwone laczki, byle tylko mocniej podkreślić umowność.

Czasami im mocniej się starasz, tym mniej jesteś zrozumiały.

Bywa i tak. Wiem, że najbardziej zagorzałych fanów Comy nie przekonam, ale już nie chcę. Natomiast zależy mi na rozwoju. Tym, żeby Coma się rozwijała, żebym ja się rozwijał. Nie ma nic gorszego niż stanie się niewolnikiem konwencji i wyobrażeń fanów.

 

Album „J.P. Śliwa” ukazał się nakładem Agora

Uroboros
Poprzedni

Star Wars - przybij piątkę Tarkinowi [konkurs]

Last witch hunter
Następny

Łowca Czarownic - przyjemne kino rozrywkowe [recenzja] [film] [fantasy]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. […] Pełny wywiad: Z miłości do fanów […]

Dodaj komentarz