WYWIADY 

Prashant Nair – wszystko przez Twittera [wywiad]

Z Prashantem Nairem, zdobywcą Nagrody Publiczności za najlepszy dramat zagraniczny za „Umrikę” na Festiwalu Sundance w 2015 r., rozmawiamy o podróżach dookoła świata, trudach kręcenia filmów i magii lat 80.

Dorastałeś, przenosząc się pomiędzy różnymi krajami. Czy to twoje doświadczenia migracyjne zainspirowały cię do napisania scenariusza Umriki?

Byłem szczęściarzem, że przeprowadzałem się w takich okolicznościach. Rodzice pracowali jako dyplomaci. Zatem dla nas kwestia przenoszenia była całkiem prosta – nie musieliśmy się integrować, w danym miejscu spędzaliśmy tylko trzy lata i reprezentowaliśmy tam Indie. Zatem był to zupełnie inny rodzaj migracji. Ale zetknęliśmy się z wieloma imigrantami. Praca mojego ojca w dużej mierze polegała na kontakcie z nimi, pomaganiu im. Często takie osoby oszukiwano, trafiały gdzie indziej, niż im obiecywano, a po przyjeździe musiały być odesłane z powrotem. Usłyszeliśmy wiele przerażających historii. Te wszystkie przeprowadzki dały mi również rodzaj wglądu w to, jak różne kultury się postrzegają. W Stanach mnóstwo ludzi uważa Indie za kraj bardzo egzotyczny oraz zacofany i postrzega niektóre nasze tradycje za bardzo dziwaczne. Chciałem się temu przyjrzeć i nieco odwrócić sytuację. Pokazać, że mieszkańcom jakieś małej indyjskiej wioski to amerykańskie zwyczaje mogą się wydać kuriozalne.

Skoro się tyle przenosiłeś, jakie filmy oglądałeś, dorastając?

O, bardzo różne, oglądałem po trosze wszystkiego. Mnóstwo bollywoodzkich produkcji do jakiegoś trzynastego-czternastego roku życia, właściwie potem już niewiele. Oczywiście Hollywood. Dużo zależało od kraju, gdzie akurat mieszkaliśmy, staraliśmy się poznawać miejscowe kino. Ale na przykład w Zambii nie bardzo mieliśmy dostęp do filmów, tam oglądałem niewiele. Sporo filmowców może powiedzieć „Praktycznie wychowywałem się w kinie, moja rodzina pracowała w branży”. Ja nie mam tego komfortu. Tak naprawdę zacząłem kochać kino i postrzegać je jako coś więcej niż tylko rozrywkę na uniwersytecie. Studiowałem inżynierię w Stanach i nie mogę powiedzieć, bym lubił swoje zajęcia… właściwie to w ogóle nie obchodził mnie ten kierunek. Na szczęście w pobliżu była świetna wypożyczalnia wideo, więc zrywałem się z zajęć, by pochłaniać po pięć filmów dziennie. Wtedy tak naprawdę pokochałem kino, zaczęło mnie poruszać. Obejrzałem ze dwa, trzy tysiące filmów w tamtym czasie.

A więc nie od zawsze byłeś kinomanem, a poza tym przez lata pracowałeś w innej branży. Jak zostałeś filmowcem?

Jak już wspomniałem, w czasie studiów najwięcej przyjemności dawało mi kino. Filmy dotykały mnie do głębi, zacząłem odrobinę rozumieć warsztat, głosy, jakimi przemawiają poszczególni twórcy. Pasjonowało mnie to. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że dla kogoś takiego jak ja, bez żadnych powiązań z przemysłem filmowym, to może być zawód. Miałem przeświadczenie, że kręceniem filmów zajmuje się tylko kilku szczęściarzy gdzieś tam w świecie. Zatem ciągnąłem swoją inżynierię. Szczęśliwie rozpowszechnił się internet, ze wszystkimi możliwościami łączenia ludzi, i zacząłem pracować w tej branży. Po jakiś dziesięciu, dwunastu latach, gdy byłem po trzydziestce, zaczęło prześladować mnie poczucie, że nie robię w życiu tego, co tak naprawdę bym chciał, nie zajmuję się rzeczami, które mają dla mnie znaczenie, i nie mogłem się tego poczucia pozbyć. W końcu powiedziałem sobie „No dobra, wiem, że to trochę późno, ale zrobię sobie przerwę, zapiszę się na ten trzymiesięczny kurs filmowy w Nowym Jorku, no i zobaczę, czego się nauczę, jak to właściwie jest”. W ramach tego kursu zrealizowałem film krótkometrażowy. I zdałem sobie sprawę, że nie mogę się już zajmować niczym innym. Oczywiście to było bardzo nieodpowiedzialne, zostawić dobrą pracę i solidną pensję, stabilizację życiową, zmieniać zawód w takim wieku… Ale myślę, że po prostu trzeba robić to, co kochasz, a to, co ci daje realizowanie pasji, jest o wiele istotniejsze od pieniędzy, bezpieczeństwa i tym podobnych.

Bohaterowie Umriki mają określoną wizję Ameryki, zbudowaną na podstawie filmów czy zasłyszanych opowieści. Jak było z tobą, kiedy tam w końcu trafiłeś. Czy też miałeś jakiś obraz, który musiałeś potem skonfrontować z rzeczywistością?

Zdecydowanie. Podróżowałem z rodzicami tak dużo, ale nie wybraliśmy się do Ameryki. Mieszkaliśmy w różnych interesujących krajach, a kiedy żyjesz na przykład w Afryce, to wpierw chcesz zwiedzić różne miejsca właśnie tam. Do Stanów trafiłem po raz pierwszy, gdy miałem siedemnaście lat. Oczywiście, jak każdy inny postrzegałem Amerykę przez pryzmat filmów, muzyki, tego, co słyszałem w wiadomościach. Na ten mój obraz składały się miejsca takie jak Nowy Jork, Los Angeles czy te małe miasteczka, jakie ogląda się w hollywoodzkim kinie jako centra niezwykłych wydarzeń. Na studiach wylądowałem pośrodku Stanów, w West Lafayette w Indianie. Małej mieścinie, gdzie kompletnie nic się nie działo. Ameryka to olbrzymi kraj, znalazłem się tak daleko od wszystkiego, że miałem ogromne poczucie izolacji. W jakimś więc sensie dzieliłem doświadczenie swoich bohaterów, którzy stworzyli pewien iluzoryczny obraz. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie Amerykę i konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością to były trudne lata. W końcu jednak przeniosłem się do Nowego Jorku i moja wizja Ameryki ocalała. (śmiech) Nowy Jork był cudowny.

Akcja filmu jest osadzona w latach 70. i 80., ale migracja to ważny problem, z którym mierzymy się współcześnie. Również kwestie takie jak stereotypowe postrzeganie różnych kultur nie straciły na aktualności. Dlaczego zdecydowałeś się na taki czas akcji?

Jest kilka powodów. Przede wszystkim dobrze znam Indie z tamtego okresu, bo wówczas spędzaliśmy tam wakacje. Z dzieciństwa pamiętam też, jak bardzo ludzi w Indiach fascynowała Ameryka, wszyscy mnie dopytywali, „Ojej, byłeś tam? Jak tam jest”. Nikogo nie obchodziły Wiedeń czy Genewa czy inne odwiedzone przez nas miejsca. Jakby liczyła się wyłącznie Ameryka. Ludzie mieli na jej punkcie niemal obsesję. Oczywiście Indie bardzo się wtedy różniły i chciałem to pokazać. Jeszcze na innym poziomie – przyjęcie odmiennej perspektywy czasowej pomaga się zdystansować. Łatwiej się przyjrzeć samemu sobie i zobaczyć jaśniej pewne sprawy. Wydało mi się też właściwe osadzić historię w tamtych czasach, czasach gwałtownego rozwoju. Poza tym to Indie, które znałem, o których mogłem mówić szczerze, dodać do tego jakąś wartość. Ale oczywiście masz rację, migracja jest ważnym problemem współczesnego świata. Ogromnie mnie ucieszyło, że film pokazano w kinach w Europie. Temat migracji szczególnie dyskutowano latem ubiegłego roku. I było dla mnie bardzo cenne słyszeć pytania publiczności po pokazach, czytać, co o Umrice pisano w prasie, bo widziałem, że mój film jest ważny i aktualny. W kwestii Indii i USA… ta fascynacja nie minęła. Dwa lata temu w porcie w New Jersey znaleziono kontener z indyjskimi imigrantami. Zatem takie historie nadal się zdarzają. Ten kontener to bardzo wymowny obraz. Chciałem, by publiczność w pełni to poczuła, pokazać, jak ważna jest ta decyzja, by się w nim znaleźć. Bo ludzie podejmują takie decyzje każdego dnia.

Jak wyglądało zbieranie dokumentacji do filmu? Czy od początku wiedziałeś, jakie elementy lat 80. chcesz pokazać, czy też musiałeś cofnąć się w czasie i przekopywać się przez różne źródła?

O, tak naprawdę wymagało to od nas mnóstwa pracy, by odnaleźć właściwie motywy. Oczywiście czasem jest coś, co bardzo byś chciał wykorzystać, ale nie jest to możliwe ze względu na prawa autorskie czy inne kwestie. Zatem to było sporo przekopywania. Ale jednocześnie miałem przy tym mnóstwo ubawu, choćby gdy słuchałem muzyki z tego okresu. Właśnie, co do muzyki, tu wiedziałem, że chcę sięgnąć po piosenki mocno zainspirowane amerykańskimi brzmieniami, tak jak ten kawałek, który jest niemal dokładną kopią Billie Jean. Jeśli zaś chodzi o różne inne kulturowe odniesienia, chodziło nam przede wszystkim o pokazanie upływu czasu. Kiedy natykasz się na takie rzeczy, od razu wiesz, z jakim okresem masz do czynienia – czy jest to eksplozja Challengera, wypadek Amitabha Bachchana, pierwszy wyemitowany w telewizji odcinek popularnego wówczas serialu czy mecz krykieta. Więc świetnie się bawiłem, wracając do epoki, to był zwariowany czas jeśli chodzi o kino i muzykę. (śmiech)

Film nakręcono na szesnastomilimetrowej taśmie, co świetnie oddało klimat lat osiemdziesiątych. Czy chodziło właśnie o to, o oddanie nastroju epoki, czy też może szczególnie lubisz pracę z analogową kamerą?

Szczerze mówiąc, w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Od początku było dla mnie jasne, że kręcimy cyfrowo. Ale nasza operatorka walczyła o użycie taśmy. Siedziała ze mną i pokazywała różne filmy… okazało się, że analogowa estetyka naprawdę do mnie przemawia. W filmach kręconych tradycyjną kamerą jest coś takiego, co przygotowuje cię do podróży. Widzisz tę ziarnistość obrazu i mówisz sobie „Tak, teraz wybieram się w podróż”. Mój film w jakimś sensie jest podróżą, więc to był zdecydowanie właściwy wybór. To piękna estetyka, aktorzy wypadają na taśmie cudownie. Oczywiście uważam, że w przypadku niektórych projektów bardziej sensowne są zdjęcia cyfrowe, ale gdybym znów miał okazję nakręcić film na taśmie, byłoby wspaniale. Oczywiście jest to większym wyzwaniem, obowiązuje cię pewien cykl. Trudniej obrobić materiał, musisz czekać dłużej, nim zdołasz obejrzeć, co nakręciłeś itd., ale zdecydowanie warto. Chcieliśmy, by film wyglądał nieco jak sen, bo jest przecież o marzeniach. Nie chcieliśmy stworzyć mrocznego, realistycznego, kręconego z ręki paradokumentu, a wykreować nieco poetycki nastrój. No i oczywiście epoka i ta cześć dotycząca podróży… Nie wiem, czy jeszcze będę miał okazję tak pracować, ale miałem dużo szczęścia, że nakręciliśmy to na taśmie.

Użyliście dwóch tonacji kolorystycznych. W części rozgrywającej się w wiosce barwy są ciepłe, jasne, potem w mieście stają się zimne i ciemne.

Tak, miałem w głowie pewien profil kolorystyczny. W początkowych sekwencjach filmu rozgrywających się w wiosce za sprawą barw chciałem stworzyć wrażenie snu. W indyjskich wsiach jest coś magicznego. Oczywiście borykają się z tymi wszystkimi problemami, o jakich wiemy, z biedą, analfabetyzmem, ale jednocześnie można tam odnaleźć niezwykłe ciepło, a ludzie są bardzo wyrozumiali i gościnni. Chciałem więc pokazać takie miejsce ze snu, gdzie czas stoi w miejscu, wszyscy się znają i niewiele się dzieje.

Z listami zaś chciałem powiązać zimne niebieskie odcienie. One miały być nieobecne w wiosce, obce. Wyeliminowaliśmy je więc z palety. Moim zamysłem było, że w toku historii, kiedy listy zaczynają powodować chaos w życiu bohatera, i stopniowo odkrywa on prawdę o swoim bracie, ta niebieska tonacja listów zaczyna przenikać do jego świata. Zatem na początku jej nie widzimy, a potem zaczyna się wsączać. Jednak w finałowej scenie znowu widzimy słońce i zimne barwy znikają. Taki więc był zamysł. Dla mnie to zawsze bardzo interesujące, jak opowiedzieć historię postaci za pomocą odpowiednich barw. Myślę, że to wspaniałe narzędzie dla filmowców.

W obu swoich filmach sięgnąłeś po satyrę. Czy jej język szczególnie ci odpowiada jako narzędzie mówienia o trudnych sprawach?

Myślę, że satyra jest bardzo potężnym narzędziem. Osobiście lubię filmy, które zarazem cię bawią, i wzruszają. Mroczne, trudne, pełne przemocy opowieści nie są w moim stylu. Lubię więc sięgać po satyrę i mieszać ją z chwilami podnoszącymi na duchu oraz emocjami. Poświęcasz danemu filmowi trzy lata życia, czasem nawet więcej, więc na końcu lubię mieć wrażenie, że przyniosłem światu coś pozytywnego, że skłoniłem ludzi, by trochę się zastanowili czy za sprawą moich bohaterów doświadczyli życia innego niż swoje. Bardzo trudno byłoby mi nakręcić np. horror, oczywiście podziwiam ludzi, którzy to robią. W każdym razie… staram się swoim filmem dać coś pozytywnego światu.

Scenariusz Umriki był częścią warsztatów scenopisarskich Instytutu Sundance. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym, jak takie warsztaty wyglądają, i jaki wpływ udział w nich miał na ostateczny kształt scenariusza.

Uważam, że udział w tych warsztatach to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły. Brałem udział w pierwszej edycji zorganizowanej w Indiach – teraz odbywają się w różnych miejscach na świecie, Jordanie, Stambule, Ameryce Południowej. Wciąż jestem mało doświadczonym scenarzystą, proces tworzenia scenariusza jest dla mnie trudny, nie do końca znam swoją metodologię. Oczywiście po Umrice wiem już nieco więcej. Ale dla mnie jako dla początkującego scenarzysty możliwość bycia tam, otrzymania tych wszystkich informacji zwrotnych, była bezcenna… Przypisują ci pięciu, sześciu mentorów, którzy są uznanymi twórcami, oni czytają twój scenariusz, a potem przekazują uwagi. Po warsztatach czujesz się nieco zagubiony, bo jest mnóstwo rzeczy, nad którymi musisz popracować i dokonanie tych poprawek zabiera ci trochę czasu. Kiedy masz gotową kolejną wersję, znów możesz ją przesłać mentorom i liczyć na dyskusję. W tym wszystkim najważniejsze jest poczucie, że nie jesteś sam, że masz przy sobie ludzi, którzy troszczą się o twoje pisanie, twój film, scenariusz, którzy chcą, abyś opowiedział swoją historię możliwie najlepiej, i czasem w tym celu skłaniają ci do szukania głębiej. To niezwykła szansa dla każdego, kto chce zostać scenarzystą. Instytut Sundance to miejsce ciepłych, wyrozumiałych ludzi, ich misją jest pomagać innym w opowiadaniu ich historii. A więc jeśli masz scenariusz, kieruj go właśnie tam.

Czy fakt uczestnictwa w tych warsztatach pomaga później w pozyskaniu partnerów – ewentualnych producentów, dystrybutorów, zwrócenia uwagi selekcjonerów festiwalowych?

Uczestnictwo daje ci ten znaczek na scenariuszu, który mówi, że twój materiał przeszedł przez cały ten proces, że nad nim pracowano, co sprawia, że stajesz się bardziej wiarygodny. Ale realizacja filmu, szczególnie jeśli jesteś początkującym twórcą, a Sundace Labs przyjmuje pod skrzydła właśnie filmowców stawiających swoje pierwsze kroki, to trudna sprawa. Ciężko pozyskać fundusze, i to ogromna walka, by materiał powstał. Ale tak, uczestnictwo zdecydowanie pomaga pokazać, że daną osobę należy traktować poważnie.

Jednym z producentów Umriki jest Manish Mundra, który wydaje się mieć nosa do wybierania szczególnie interesujących projektów. Zaangażowany był w produkcję Masaan [nagrodzonego w Cannes], Dhanak [nagroda w Berlinie]. Jak udało ci się skłonić go do współpracy?

Początkowo film miał być niemiecko-francusko-indyjską koprodukcją. Mieliśmy zacząć zdjęcia w grudniu 2013 roku, ale kilka tygodni przed planowanym terminem producenci zaczęli się wycofywać i nie zostały nam żadne pieniądze. Do projektu dołączyła wówczas moja narzeczona, producentka, i powiedziała „Jeśli nie teraz, nigdy nie zrealizujesz tego filmu. Więc po prostu róbmy swoje”. Zaczęliśmy kręcić, korzystając z naszych prywatnych oszczędności, co oczywiście było bardzo nierozsądne, nikt nigdy nie powinien brać z nas przykładu. Przeciągaliśmy to z dnia na dzień, mając świadomość, że każdy dzień zdjęć może być ostatnim. Ona ciągle szukała kogoś, kto by sfinansował film, ale bez rezultatów. Aż w końcu usłyszała o Manishu Mundrze i o tym, jak za pośrednictwem Twittera uzyskali jego wsparcie twórcy Aankhon dekhi, że jest bardzo hojnym człowiekiem, który angażuje się w wiele inicjatyw. No i że zawsze można się z nim skontaktować przez Twittera. To właśnie zrobiła i zaprezentowała mu część zrealizowanego materiału. Zdołała go przekonać, by do nas dołączył. Wszystko przez Twittera. Brzmi jak totalne wariactwo. Manish jest typem wrażliwego faceta obdarzonego instynktem, podejmuje decyzje w zgodzie ze swoim sercem, więc mieliśmy ogromne szczęście, że go pozyskaliśmy. Dzięki niemu mogliśmy ukończyć film. I dzięki niemu film w ogóle powstał.

Zrobiłeś dwa niezależne filmy. Czy myślisz, że gdybyś miał okazję zrealizować jakąś wysokobudżetową produkcję miałbyś więcej wolności artystycznej czy wręcz przeciwnie?

Mam nadzieję, że będzie mi to dane sprawdzić. Myślę, że mój styl w jakimś stopniu mógłbym zaadaptować do mainstreamu i taki projekt mógłby być interesujący. Ważne jest, robić film z przekazem, w który wierzysz, na temat, w który wierzysz, którym, jak wspominałem, możesz dać światu coś pozytywnego. Praca w wysokobudżetowym, mainstreamowym środowisku mogłaby mi się bardzo spodobać. Bo to szansa dotrzeć do większej widowni. Wiesz, w końcu robimy filmy po to, by ludzie je oglądali. W przyszłości byłoby miło mieć okazję pracować nad jednym, i drugim. Realizować i te filmy, które są nieco bardziej złożone, i te, które chcesz pokazać szerokiej widowni.

Która część procesu powstawania filmu jest twoją ulubioną – tworzenie scenariusza, zdjęcia czy może montaż? I która jest największym wyzwaniem?

Stworzenie scenariusza to trudna sprawa i jeśli coś tu nie wyjdzie, potem jest jeszcze trudniej. Zatem to stanowi dla mnie największe wyzwanie. Ale najbardziej kocham pracę z aktorami. Jeśli odpowiednio obsadzisz film, dzieje się coś bardzo magicznego. Zdjęcia są bardzo stresujące, masz ograniczony czas, walczysz z odpowiednim światłem i tym tysiącem problemów, jakie się pojawiają. Ale jeśli dobrze wybierzesz obsadę i rozumiesz się ze swoimi aktorami, na planie przychodzą takie chwile, kiedy patrzysz przez kamerę czy podgląd na monitorze, i widzisz, że odnaleźli w napisanych przez ciebie dialogach coś nieoczekiwanego. Na chwilę zapominasz, że właściwie to reżyserujesz ten film, że jesteś członkiem ekipy, tylko oglądasz ich, postacie, jakie tworzą. To jest najbardziej niezwykłe, doświadczać, co utalentowany aktor jest w stanie wyciągnąć z dostarczonego materiału. Wtedy twoja historia naprawdę nabiera życia. Patrzysz i stwierdzasz: „O rany, totalnie w to wierzę. Och, nie pamiętam, że to napisałem”. I przychodzi jeszcze ten ostatni dzień zdjęć, kiedy kończysz film z pewnym poczuciem nierzeczywistości, skrajnie wyczerpany, gdy członkowie ekipy stali się dla ciebie jak rodzina. Jesteś szczęśliwy, a jednocześnie czujesz pustkę, bo byłeś tak bardzo zajęty, a teraz musisz wrócić do normalnego życia. To piękne i poetyckie uczucie. Te chwile są dla mnie najbardziej poruszające i szczególne.

Prashant Nair

Reżyser i scenarzysta. Urodził się w północnoindyjskim mieście Ćandigarh, ale kilkadziesiąt lat mieszkał w różnych krajach w Europie, Afryce czy Azji. Ukończył kurs filmowy w Nowym Jorku. W pełnym metrażu debiutował w 2011 r. satyryczną komedią „Delhi in a Day”. Jego drugi film, komediodramat „Umrika” (polska premiera 5 lutego 2016 r.), w 2015 r. uzyskał na festiwalu w Sundance nagrodę publiczności w sekcji World Cinema Dramatic Competition. Obecnie sporo podróżuje między Mumbajem oraz Los Angeles i planuje swój nowy projekt.

Campo Santo
Poprzedni

Firewatch – wirtualna natura piękniejsza, niż kiedykolwiek [recenzja]

baskets-poster
Następny

Baskets - znakomita, nieśmieszna komedia [recenzja]

Joanna Kończak

Joanna Kończak

Z wykształcenia psycholog stosunków międzykulturowych, z zawodu (głównie) redaktor. Pracuje w wydawnictwie specjalizującym się w książce dziecięcej i młodzieżowej, dzięki czemu maskuje, że nie udało jej się dorosnąć. Publikowała w „Nowej Fantastyce” oraz różnych portalach internetowych. Z równym prawdopodobieństwem można ją spotkać na śmiertelnie poważnych pokazach festiwalowych, jak i przeglądach najgorszych filmów świata. Specjalizuje się w kinie indyjskim, w wolnych chwilach włóczy po Azji, i wie, o co chodzi w krykiecie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz