WYWIADY 

Remigiusz Mróz: Warsztat pisarza to czytanie [wywiad]

Bywa określany mianem cudownego dziecka polskiego kryminału, albo… polskim Danem Brownem. Remigiusz Mróz w trzy lata podbił polskie listy bestsellerów i serca czytelników. Nam opowiada o tym, jak staje się uznanym autorem kryminałów, jak ważna jest redakcja książek i czy research rzeczywiście jest tak ważny.

 

Dzika Banda: Jest styczeń 2013 roku wydajesz pierwszą powieść. Rzucasz studia, dobre nie oszukujmy się, bo na Akademii Leona Koźmińskiego i postanawiasz zostać pisarzem. Umówmy się – twoja pierwsza powieść nie sprzedała się jakoś wspaniale…

Remigiusz Mróz: To prawda, „Wieża milczenia nie miała żadnego wsparcia marketingowego ze strony wydawcy. Nic się z nią nie działo, ale właśnie wtedy pomyślałem sobie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, że zrobię wszystko, żeby doprowadzić do takiego momentu, że to chwyci. Zostawiłem studia, wyprowadziłem się z Warszawy i postawiłem wszystko na jedną kartę. Trochę to trwało, ale teraz mogę uczciwie powiedzieć, że utrzymuje się tylko z pisania.

Przy której książce zaskoczyło?

Przy drugiej wyglądało to już trochę lepiej, ale tak naprawdę dopiero „Kasacjabyła przełomowa.

Pytam, bo wiele osób poddaje się po debiucie. Wychodzą z założenia, że debiut ma je ustawić a tu przykre rozczarowanie…

Na świecie dobrze funkcjonuje mechanizm dobrego, mocnego debiutu, ale u nas zazwyczaj się nie sprawdza. Choćbyś napisał świetną powieść, a potem dopracował ją pod względem fabularnym i konstrukcyjnym, najprawdopodobniej przepadnie w natłoku innych pozycji. W Polsce długo buduje się zaufanie do autora i rynek akceptuje go dopiero po którejś książce. Są oczywiście wyjątki, ale jeśli prześledzisz kariery większości rodzimych autorów kryminałów, rzeczywiście tak to wygląda. Katarzyna Bonda otrzymała kredyt zaufania przy „Pochłaniaczu, Marek Krajewski dopiero po otrzymaniu Paszportu Polityki i tak dalej.

A pamiętasz moment, w którym poczułeś, że rynek już ci zaufał?

Jednego momentu nie, bo złożył się na to szereg różnych czynników. Jak choćby obecność książek w mediach – stopniowo zaczęły być omawiane, polecane w prasie, magazynach. Pojawiały się na portalach tematycznych, w blogosferze, zbierały coraz więcej komentarzy. Drugi wymiar był przyziemny, finansowy. Kiedy dostajesz pierwszą większą wypłatę, wiesz, że coś drgnęło, że sporo osób zaczęło kupować twoje książki. Stephen King twierdził, że na początku będziesz miał wielkie szczęście, jeśli dostaniesz za książkę tyle, żeby opłacić rachunki. I coś w tym jest. Ale potem może być tylko lepiej.

Wydajesz trzy powieści rocznie – jak ty to robisz?

Normalnie. Siadam i piszę. A poważnie – mam żelazne zasady i się ich trzymam. Zaczynam pracę około dziewiątej, a o czternastej robię przerwę. Przez ten czas zazwyczaj piszę około dziesięciu, piętnastu stron. I to zazwyczaj się udaje. Jeśli nie idzie, zmuszam się i czekam, aż ten pociąg się rozpędzi. Potem idę biegać. Przebiegam około piętnastu, siedemnastu kilometrów, wracam, jem obiad i oglądam dobry serial. Później zaczynam drugą turę pisarską i trwa ona od osiemnastej do dwudziestej trzeciej trzydzieści. Wtedy nie narzucam już sobie minimum objętościowego. Ile napiszę, tyle napiszę. A na koniec dnia siadam z jakąś książką i się relaksuję. Trzymając się tego schematu można wydawać kilka książek rocznie.

To wszystko dowodzi tego, że w tobie jest jakaś gigantyczna determinacja – albo się uda, albo nie.

Tak było na początku, bo rzeczywiście postawiłem wszystko na jedną kartę. Musiałem dać z siebie sto procent, żeby się udało.

Miałeś plan B?

Nie. Lub inaczej – miałem, ale nie chciałem brać go pod uwagę. Mogłem szybko skończyć pisać doktorat i zacząć wykładać. I tak pewnie byłoby, gdyby z pisaniem nie wyszło.

Piszesz w zasadzie wszystko – fantastyka, thriller, sensacja, kryminał…

To chyba wynika po prostu z tego, że od zawsze czytałem różne gatunki. Potem przełożyło się to na pisanie.

Nie bałeś się fantastyki? W Polsce fantastyczny fandom jest dość ortodoksyjny i wybredny.

Oj, są skrupulatni (śmiech). Moja powieść SF, „Chór zapomnianych głosów, wyszła w niewielkim wydawnictwie prowadzonym przez prawdziwych pasjonatów fantastyki. Dzięki temu praca nad tą książką była w pewnym sensie poligonem doświadczalnym. Pokazywała, jakie mogą być reakcje starych wyjadaczy, którzy przeczytali już wszystko, co jest na rynku. Usłyszałem wtedy dużo miłych słów, dzięki czemu kiedy później pojawiały się negatywne opinie, starałem się psychologicznie rozgrywać to tak, aby pozytywy zakrywały negatywy (śmiech).

A ty byłeś takim chłopakiem, który uciekał w dzieciństwie w fantastykę?

Raczej nie, choć z drugiej strony może każdy z nas uciekał. Do dziś mam dwie czy trzy półki zapełnione książkami z charakterystycznymi kolorowymi grzbietami Serii „Nowej Fantastyki”. Czytałem Orsona Scotta Carda czy Phillipa K. Dicka, ale najchętniej… Lema.

Teraz co czytasz?

Najwięcej prawdopodobnie kryminałów. Siłą rzeczy. Piszę ich dużo, więc i czytam ich całkiem sporo.

To, co mówisz jest wręcz niesamowite.

Dlaczego?

Bo w Polsce, autorzy zazwyczaj nie czytają, żeby – uwaga – się nie inspirować.    

To błędne koło i złe podejście. Czytając, wyrabiasz sobie warsztat – nie ma innej metody ani żadnych dróg na skróty, przepis na pisanie jest tylko jeden. Siadasz, czytasz i wchłaniasz to, jak inni konstruują fabułę czy postacie. Dziwi mnie, kiedy ktoś mówi, że nie czyta, bo nie chce się inspirować i kopiować innych. Zawsze w jakiś sposób skopiuje to, co mu się podobało, nawet podświadomie. I nie ma w tym nic złego. Na dobrą sprawę wszystko zostało już opowiedziane, ale każdy kolejny pisarz robi to na swój własny, unikalny sposób. Żeby jednak tego dokonać, musi posiadać odpowiedni warsztat – a tego nie osiągnie bez czytania…

A co ciebie, jako czytelnika kręci najmocniej?

Na pewno pióro Stephena Kinga. Oprócz tego wielu skandynawskich autorów, ale przede wszystkim Kinga. Podoba mi się u niego to, jak łamie schematy, jak potrafi bawić się z gatunkami. U nas nie jest z tym tak łatwo. Kiedy zaczynałem, kilka razy starałem się przenieść jego koncepcje na polski grunt, ale spotykałem się ze sprzeciwem redaktorów. Bo tak się nie pisze, bo nie powinno się łamać tej czy innej zasady, bo polski czytelnik lubi, jak jest klasycznie. A wydaje mi się, że tak nie jest. Polski czytelnik oczekuje mieszania gatunków.

To znaczy?

To znaczy, że oczekuje czegoś wielowymiarowego. W kryminale szuka też warstwy obyczajowej, rozrywkowej, społecznej czy nawet politycznej. Nie chce być niewolnikiem jednej konwencji.

A jaki jest twój stosunek do redaktora?

Zawsze wychodzę z założenia, że powieść to dziecko, ale nieułożone i rozwydrzone. Do autora należy, by je wychować, ale sam tego nie zrobi – i tu zaczyna się praca redaktora. Muszę znów wrócić do Kinga, bo to on kiedyś powiedział, że pisanie jest rzeczą ludzką, a redagowanie boską. I to prawda.  Pewnie, że cudze rady przyjmuje się niełatwo, ale warto pamiętać, że to dziecko naprawdę trzeba ułożyć.

Czyli dajesz się bezboleśnie poprawiać?

Oczywiście. Wydaje mi się kluczowe, żeby sam autor był nastawiony do swojej książki jak najbardziej… negatywnie. Idealnie byłoby, gdyby każdy z nas po napisaniu powieści zmieszał ją z błotem. Potem dużo łatwiej przychodziłoby nam wprowadzanie poprawek.

W swojej debiutanckiej powieści akcję osadziłeś w Michigan. Wujek Google Earth pomagał?

Pomagał (śmiech). Ale nie tylko on! Sporo czasu spędziłem na czytaniu lokalnych stron czy blogów, słuchaniu miejscowych rozgłośni online, przeglądaniu forów… dzięki temu całkiem nieźle rozeznałem się w Lansing. Wiedziałem, gdzie lepiej się nie zapuszczać, gdzie dają najlepszą pizzę, gdzie można najtaniej napić się piwa i tak dalej.

Pytam nie przez przypadek – dlaczego uparłeś się umieścić akcję powieści w Stanach? Musiałeś oswoić się z Polską?

Właściwie wcześniej napisałem już „Parabellum”, więc nie było tak, że bałem się pisać o Polsce. Osadzenie akcji w Stanach to rezultat wrażenia, jakie zrobiły na mnie książki Kinga. Tak mi się wydaje.

A ja już sobie dorabiałem ideologię, że chciałeś szybko wydać powieść po angielsku…

Nie, chyba nie. Jeśli tak było, to raczej na poziomie podświadomości.

A pomysł na korpo-thrillery to też wynik podświadomości?

Przeciwnie, od jakiegoś czasu chciałem napisać thriller prawniczy. I zamierzałem osadzić go w polskich realiach, więc Warszawa była logicznym wyborem. Tam są największe korporacje.

Pracowałeś w korporacji?

Prawie. Uciekłem przed tym.

Czyli research?

W pewnym sensie, jeśli zaliczymy do niego rozmowy ze znajomymi. Kilka rzeczy związanych z życiem korporacyjnym musiałem zweryfikować, ale ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że nie tworzę literatury faktu, nie spędzam długich miesięcy na robieniu researchu. Przecież nie o to chodzi.

A o co?

O to, że powieść ma cię wessać do swojego świata. Ma być rozrywką, a nie wykładem prawd o życiu w korporacji. Jak ktoś będzie chciał czytać o patologiach korporacji, poczyta reportaże. Ja piszę fikcję, a więc co do zasady raczej ubarwiam rzeczywistość, niż ją dosłownie oddaję.

Czyli co – nie demonizujmy researchu?

Otóż to. I nie demonizujmy słowa „rozrywka”. Autor kryminałów ma dostarczać ją czytelnikowi, a nie zamieniać swoje powieści w zbiór suchych faktów, o których można przeczytać w monografiach i artykułach naukowych.

 

REMIGIUSZ MRÓZ
Najgorętsze nazwisko polskiego kryminału. Urodził się w 1987 roku w Opolu. Pisarz i doktor nauk prawnych. Do tej pory opublikował jedenaście powieści, w tym dwa bestsellerowe cykle (trylogię kryminalną z Wiktorem Forstem oraz thrillery prawnicze z Joanną Chyłką). Jego książki polecają m.in. Katarzyna Bonda, Mariusz Czubaj czy Vincent V. Severski. Codziennie biega około piętnastu kilometrów i pisze mniej więcej tyle samo stron.

Amityville
Poprzedni

Miejsca grozy - szlakiem zabójców

SQN
Następny

Grimm City: Wilk! [patronat]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz