WYWIADY 

Robert J. Szmidt – Apokalipsa według Pana Roberta [wywiad]

Z piewcą apokalipsy, Robertem J. Szmidtem, rozmawiamy m.in. o czekającym nas, nieuchronnym, kataklizmie, podróżach przez Stany Zjednoczone i grach komputerowych.

Dzika Banda: Często przedstawiany jesteś jako burzyciel światów. Zatem na początek pobawmy się w gdybanie. Mamy 2015 rok. Co może pójść nie tak? Co może sprawić, że 2033 będziemy świętować w schronach?

Robert J. Szmidt: Co może pójść nie tak? Wszystko. Jeśli spojrzymy na naszą sytuację pod kątem ekonomicznym, zauważymy, że zbliżamy się niebezpiecznie do momentu, w którym rządzącym będzie potrzebna nowa wojenka, by utrzymać społeczeństwa w ryzach. A kiedy lawina już ruszy, dosłownie wszystko może się zdarzyć. Polska leży w strasznie nieciekawym miejscu. To przez nasze terytorium maszerowało się podczas minionych wojen na wschód i na zachód. Podczas kolejnej – o ile nie będzie to konflikt nuklearny na pełną skalę – może być podobnie. Ukraina, zgodnie z moimi przewidywaniami („Apokalipsa według Pana Jana”) już stała się punktem zapalnym. Sytuacja w Afryce Północnej może doprowadzić do bardzo szybkiej eskalacji konfliktu i otwartej wojny (coraz bardziej żyję w przekonaniu, że od kilku lat zmierzamy nieuchronnie do zajęcia tamtych terenów – wcześniejsza destabilizacja Syrii i Libii, a potem wielomiesięczny brak reakcji władz UE na kryzys z uchodźcami jest chyba tego najlepszym dowodem).

Wobec tego ile z Twoich dotychczasowych prognoz – zarówno literackich, jak i pozaksiążkowych – się sprawdziło?

Powiem ci, że sporo. Ale nie dlatego, że jestem wizjonerem. Ja po prostu staram się podchodzić do każdego problemu absolutnie bezstronnie. Nie pozwalam, by zapatrywania, np. polityczne, przesłaniały mi sedno problemu. A niestety jest to największa bolączka dzisiejszych mediów i analityków też. Zwłaszcza dziennikarze przodują w wypaczaniu rzeczywistości, co czasami przynosi groteskowe efekty. Orwell popłakałby się ze śmiechu, gdyby zobaczył, że Wielki Brat nie jest tylko domeną zamordystycznych reżimów.

Jak myślisz, w jakim stanie nasz kraj przetrwa te potencjalne zawieruchy? Czy będzie to bliższe wizji z „Otchłani” czy z „Apokalipsy według Pana Jana”? W tej drugiej jednak udało się odbudować jakieś szczątki naziemnej społeczności…

Te książki powstały w oparciu o zupełnie odmienne założenia. Apokalipsa, moim skromnym zdaniem, bliższa jest możliwej rzeczywistości. Polska nie jest mocarstwem, na które spadną setki głowic nuklearnych, a mutacje także nie przebiegają tak, jak opisujemy to my, fantaści, więc Polacy mają spore szanse na przetrwanie kolejnej wojny – to znaczy ci nieliczni z nas, którzy zaadaptują się do nowych warunków. Nie czarujmy się, wielu intelektualistów nie nacieszy się nowymi czasami.

Ze szczególnym upodobaniem pastwisz się nad Wrocławiem…

Wrocław to moje miasto. Urodziłem się tam, dorastałem, przesiąknąłem na wskroś niesamowitym klimatem, jaki tam panuje. Nie na darmo Kazik śpiewa, że Wrocław zawsze poddaje się ostatni. A poważniej mówiąc, Wrocław idealnie nadaje się na scenerię powieści postapokaliptycznych. To ogromne, niemal tysiącletnie miasto, które przeżyło już kilkakrotnie zagładę i widziało niejedno. Nie znaczy to jednak, że nie niszczę też innych miast, a nawet kontynentów. Weźmy „Samotność Anioła Zagłady”, w której samotny bohater jedzie przez wysterylizowaną ze wszelkiego życia Amerykę.

Skoro już przy „Samotności” jesteśmy… Jak dużym wyzwaniem – narracyjnym, fabularnym – było opisanie samotnej podróży przez wyludnione Stany i uchwycenie tej pustki naokoło?

To jedyna z moich powieści, w której dialogów jest tyle, co kot napłakał, albo i jeszcze mniej. A ten element narracji lubię najbardziej, więc przyznam szczerze, że pisanie „Samotności” nie było łatwym zadaniem. Sądząc po opiniach czytelników, a tych przez parę ostatnich lat nazbierało się sporo, udało mi się sprostać temu niełatwemu zadaniu.

Kilkuletni pobyt w Ameryce pewnie pomógł Ci uchwycić tamten klimat?

Muszę sprostować jedno. Nie przebywałem w USA przez kilka lat. Na przestrzeni niemal dziesięciolecia bywałem tam często, czasem i dwa razy w roku, bywało, że po kilka i więcej tygodni. Raz spełniłem nawet marzenie każdego Amerykanina i przejechałem Stany z Zachodniego Wybrzeża na Wschodnie. Mniej więcej tą samą drogą, jaką przemierza Adam Sawyer w „Samotności”. Właśnie dzięki tamtej wyprawie mogłem opisać z takimi detalami każde miejsce, które odwiedza bohater – prócz tych kilku wymyślonych, rzecz jasna.

Powiedz, proszę, choć parę słów o tamtej wyprawie. To musiało być niezłe przeżycie.

Któregoś razu, a było to z dziesięć lat temu, wynająłem samochód i postanowiłem przejechać Stany trasą, którą opisałem w pierwotnej wersji „Samotności…”. Tu muszę opowiedzieć historię tej książki, żebyś poczuł
klimat tamtego wypadu. Pierwsza wersja tej opowieści powstała w roku 1983 jako opowiadanie na konkurs wewnątrzklubowy. Była spisana ręcznie na kartkach z zeszytu. Potem zapomniałem o tym tekście, ale wiele lat
później, po powstaniu magazynu SF, przypomniał mi o nim Andrzej Ziemiański. Wtedy znałem już nieco lepiej Stany i pomyślałem, że czemu nie, napiszę nową wersję tego opowiadania, wysyłając bohatera trasą, którą sam jakiś czas wcześniej pokonałem. Dlatego niemal wszystkie miejsca, które odwiedza po drodze Adam, istnieją naprawdę. Każdy zajazd, każda stacja benzynowa i farma. Są jednak w tej książce fragmenty dotyczące miejsc, w których niestety nie byłem. Na przykład dopisałem część dziejącą się w Górach Skalistych. W czasie mojej podróży przejechałem pod wododziałem normalnie, tunelem, bohater natomiast musi szukać drogi alternatywnej i tutaj pozwól, że przytoczę pewną anegdotę: w książce opisałem miejsce, w którym na szosę spada ogromny głaz. Przeglądając mapy Google Earth, już po wydaniu książki, sprawdziłem to miejsce. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu… na skalnej ścianie nad
opisanym przeze mnie na podstawie zwykłej mapy drogowej zakrętem zobaczyłem jasny ślad, jak po oderwaniu się części skał. Ale ad rem. Temat okazał się tak nośny, że powstała z tego cała powieść. Wysłałem ją w pewnym momencie Robertowi M. Falzmannowi, który miał w SF wydać swoje postapo, chciałem mu pokazać swój tekst. Pech chciał, że niedługo później komputer, na którym miałem jedyny plik z tą powieścią, raczył paść i to nieodwołalnie, a ja na śmierć zapomniałem o tym, że wersja robocza „Samotności…” została wysłana do Kanady. Dopiero po
kilku latach skojarzyłem ten fakt i zapytałem Falzmanna, czy pamięta moją powieść. Nie tylko pamiętał, ale odesłał mi też plik z pełnym tekstem. Dzięki niemu mogłem dokończyć pracę i wydać tę książkę. Jak widzisz, „Samotność…” miała bardzo burzliwe dzieje i niewiele brakowało, by nie ujrzała światła dziennego.

Rzeczywiście, ta książka nie miała łatwo… Powiedz. Bawisz się apokalipsą na różne sposoby – czasem tworzysz wersję ‚pop’, kiedy indziej zabierasz samotnych bohaterów na wycieczkę w głąb siebie. Która z tych wersji jest Ci bliższa?

Myślę, że w obu przypadkach podchodzę do tekstu z takim samym namaszczeniem. Staram się, by moje książki różniły się od siebie. Żeby to nie była sztampa. Dzisiaj, czytując wyimki z książek autorów młodego pokolenia, możesz mieć problem z dopasowaniem ich do konkretnego tytułu, tak są podobne do siebie. Ja robię wszystko, by każda z moich powieści nabrała charakterystycznego rysu, stąd tak duże różnice w podejściu  do tego samego tematu.

W „Otchłani” sporo miejsca poświęciłeś kulturze preppersów – ludzi poświęcających mnóstwo czasu, sił i środków, by przygotować się na apokalipsę. Myślisz, że to właśnie oni pomogą przetrwać szczątkom cywilizacji, gdyby zagłada nastąpiła?

Tak. Każdy kataklizm to ogromna tragedia, tym większa dla ludzi, którzy nie są na nią przygotowani. Nie czarujmy się, pierwsi zginą najsłabsi: chorzy (koniec opieki i leków), słabi (silniejsi odbiorą im to, co jest potrzebne do przeżycia) i głupi (tu chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego). Nie trzeba szukać daleko, by znaleźć przykłady. Spójrz na Nowy Orlean i to, co stało się po Katrinie. W sercu najpotężniejszego państwa świata cywilizacja upadła na wiele dni. I to w sytuacji, gdy wszystko poza miastem działało jak trzeba. A po kataklizmie na skalę globalną nie będzie nadziei na pomoc z zewnątrz.

Większość wiodących powieści z uniwersum „Metro 2033” stawia na historię inicjacyjną, z młodym bohaterem wchodzącym w ten świat. Ty zaś odszedłeś od schematu – dlaczego?

Właśnie dlatego, że większość moich poprzedników stawiało na takie rozwiązanie. Chciałem, żeby „Otchłań” była dla czytelnika zaznajomionego z uniwersum „Metra 2033” czymś nowym. Żeby nie był to kolejny klon książek Dmitrija. Myślę, że na taką odmianę czekała też większość czytelników. Tak przynajmniej można wywnioskować z kolejnych recenzji i opinii zamieszczanych w Sieci.

Muszę przyznać, że wśród czekających byłem i ja. Odniosłem też wrażenie, że wystawiasz ludzkości mniej surową ocenę niż pozostali pisarze tworzący w tym świecie… Czy te iskierki nadziei były intencjonalnie przez Ciebie powrzucane, czy po prostu wynikały z opowiedzianej historii?

I tu mnie zaskoczyłeś, muszę przyznać. Wydawało mi się, że obraz społeczeństwa zamieszkującego podziemia Wrocławia został odmalowany w naprawdę czarnych barwach. To przecież ludzie nie mający przed sobą żadnej przyszłości – mówię tutaj o kanalarzach. Już niewiele mają, a lada moment trafią na kolejny próg, którego mogą nie pokonać (ale nie spojlerujmy za bardzo tym, którzy jeszcze „Otchłani” nie czytali). W porównaniu z bohaterami mojej książki Rosjanie z Metra Glukhovsky’ego mają prawdziwy raj.

W „Metrze” Glukhovsky’ego rzeczywiście mają lepiej, ale są bardziej zbydlęceni, zaszczuci. Wiesz, mój odbiór może wynikać z tego, że postawiłeś na dosyć silnych i obrotnych bohaterów, jak choćby Nauczyciel. Takich, którzy naprawdę jeszcze walczą. Czy w postapokaliptycznym świecie uchowałby się taki badass?

Obawiam się, że świat po apokalipsie będzie należał wyłącznie do takich ludzi. Gdy w pierwszych filmach o Mad Maxie pokazano ten problem, odezwały się głosy, że to przesada. Dzisiaj, po tym, co działo się w Somalii i kilku innych krajach, w których rządy przestały kontrolować własne terytoria, możemy spokojnie przyznać rację Millerowi. W świecie pierwotnych instynktów zawsze przetrwa tylko najsilniejszy, stąd zresztą motto książki zaczerpnięte z Nietzschego. Reszta musi się przystosować, albo zginąć.

Czytelnicy znali Twoje książki od dawna, ale prawdziwy szum zrobił się wokół Ciebie niedawno, wraz z nadejściem „Szczurów Wrocławia”. Teraz „Otchłań” okupuje topki Empiku. To chyba nie była krótka i łatwa droga…

Zależy, jak na to patrzeć. Z jednej strony od momentu publikacji pierwszego mojego opowiadania minie lada chwila trzydzieści lat – a wcześniej ukazały się przecież moje tłumaczenia. Z drugiej strony po chwili zabawy literaturą zająłem się pracą w innych branżach i wróciłem do klawiatury dopiero po roku 2001. Wtedy to zacząłem pisać więcej, ale też dla zabawy. Bardziej skupiałem się na promocji innych autorów. Potem znów miałem kilkuletnią przerwę w pisaniu, w czasie której skupiłem się na tłumaczeniach: gier, książek i filmów, by dokładnie rok temu wrócić po raz trzeci na rynek pisarski. Wydałem w Rebisie pierwszy tom „Pól dawno zapomnianych bitew”, czyli rozbudowaną wersję noweli opublikowanej wcześniej na łamach miesięcznika „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Okazało się, że książka schodzi jak przysłowiowe świeże bułeczki, więc poszedłem za ciosem. Szczury Wrocławia okazały się wielkim eksperymentem, w którym niewiele było zaplanowanych posunięć. Reagowałem po prostu na odzew czytelników, którzy pamiętali moje wcześniejsze książki i którzy wychowali się na „SFFH” – to pismo okazało się, jak sądzę, moim największym kapitałem, jego czytelnicy, a były ich tysiące, nie zapomnieli, kto dostarczał im przez lata polskich tekstów. Dalej poszło już z górki. Metro to naprawdę silna marka. Zatem reasumując, droga była długa, ale niezwykle łatwa i przyjemna. I co może ważniejsze, znajdujemy się dopiero na jej początkowym odcinku. Mogę obiecać jedno: w ciągu najbliższych lat, jeśli zdrowie pozwoli, a bomby będą spadać daleko, zaskoczę was jeszcze wieloma równie odlotowymi projektami.

Jeszcze z czasów, kiedy bywałeś na forach, pamiętam, że ceniłeś sobie przynajmniej niektóre gry komputerowe – choćby „Fallouta”. Czy któryś tytuł – jeśli w ogóle – wpłynął na Twoją twórczość?

„Fallout” z pewnością pomógł mi wsiąknąć całym sercem w postapokalipsę. „Resident Evil” i „Silent Hill” posłużyły mi natomiast za materiał wyjściowy do napisania dwóch nowel: Alpha Team i Cicha Góra. Na tym jednak kończą się bezpośrednie inspiracje grami. Chociaż nie… skłamałbym, gdybym stwierdził, że „Dead Nation” i „Dead Island” nie miały żadnego wpływu na fakt, iż postanowiłem raz jeszcze sięgnąć po temat apokalipsy zombie. Nadal lubię przysiąść z padem w ręku i pograć w coś dobrego, ale raczej dla rozrywki i relaksu niż dla szukania nowych tematów. Wolę wymyślać własne światy i intrygi, to jest o wiele bardziej satysfakcjonujące. Dla mnie i dla czytelników.

cbgb1 kopia
Poprzedni

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (III)

NYC_Subway_Times_Square kopia
Następny

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (IV)

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz