WYWIADY 

Romuald Pawlak – literacki duch niespokojny [wywiad]

Z Romualdem Pawlakiem, autorem „Krew nie woda”, rozmawiamy o nowej animacji, literackich planach na przyszłość, polityce i wpływie pewnych książek.

Hubert Sosnowski: Krew nie woda skupia się na polityce, temacie grząskim i śliskim. Nie bałeś się, że zabrniesz w dosyć nieprzyjemne rejony ze swoją historią?

Romuald Pawlak: Polityka jest tu tylko pretekstem do pokazania postaw, które są bardziej uniwersalne. Mógłbyś tych moich polityków przesadzić do wielkiej firmy, dostałbyś w zasadzie te same postawy i motywacje, tylko nie generowałaby ich kampania wyborcza, lecz np. najazd szefostwa z Los Angeles czy innego Monachium. I bałbyś się ich jako szefów, kierowników, sztygarów czy majstrów. Na każdym stanowisku ktoś potrafi być kolegą albo ostatnim złamasem. Tu różnica polega tylko na tym, że oni decydują o losie całego kraju. W firmach to się zdarza naprawdę rzadko, na szczęście.

Natomiast, czy się bałem, że zabrnę…? Nie. Dlatego wybrałem przecież konwencję satyry, wyśmiania, może nawet okrutnej szydery. A przede wszystkim widać, że nie trzymam z nikim :)

Mimo wszystko Twoi bohaterowie są dosyć sympatyczni, zwłaszcza Marszałek.

On ma swoich autentycznych protoplastów, bo kiedy patrzę na świat polityki (i nie tylko), to dostrzegam tam nie tylko Hoffmany, Kurskie czy Nowaki tego świata, widzę tam także ludzi idących do polityki, aby coś zmienić na lepsze, tylko potem powoli wciąganych w tryby, mielonych. I nieumiejących pierdyknąć stanowiskiem czy legitymacją. Pogrążających sie coraz bardziej. Radecki to postać skomplikowana, taki miał być, czytelnik sam musi sobie odpowiedzieć, czy warto go polubić, ale na pewno nie jest to Goebbels polskiej polityki.

Czyli to dla Radeckiego droga w jedną stronę?

Wiesz, jeden ze znajomych polityków,  dawno temu, powiedział mi, że z polityką kończy się w trumnie :) I coś w tym jest. Zauważ, ci, co muszą odejść, nie cieszą się zwykle. Przy pierwszej okazji – wracają. To jak narkotyk, bo władza JEST narkotykiem, uzależnia.

Krew nie woda orbituje dosyć blisko prognoz politycznych. Pobawmy się więc w to przez chwilę. Pewnie śledzisz wydarzenia na bieżąco. Jak myślisz, co przyniosą najbliższe wybory?

Śledzę, rzecz jasna. Prognoza? Naprawdę chcesz, żeby nam ten wywiad się zdezaktualizował, zanim go opublikujesz? No dobra, pamiętaj, sam chciałeś…

Na mojego nosa, nic się nie zmieni. Będzie tak samo, tylko inaczej. Ja na horyzoncie nie widzę partii, która by miała niezbędną siłę i zarazem chęć realnych zmian, a nie jakiejś kosmetyki czy zmiany akcentów takich, że zamiast prounijnego bełkotu będziemy mieli bełkot antyunijny, a zamiast niedrażnienie Moskwy będziemy mieli dźganie jej brudnym paluchem. Nie widzę partii, która rozumiałaby, że przede wszystkim ma działać dla dobra obywateli, bo to my tym paniom i panom płacimy, a nie odwrotnie. Pamiętasz, jak to u mnie jest? Słoik, politycy żyją w swoim świecie, oderwanym od wyborców, o których przypominają sobie, gdy ci drudzy mają oddać głos.

A w szczegółach? Bywam ryzykantem, więc proszę bardzo: wygra PiS, stworzy koalicję z PSL, które dla dobra kraju sprzymierzyłoby się z Lucyferem. Zapewne – też dla dobra kraju, a nawet w celu zmiany systemu, wejdzie w to Kukiz, o ile przeskoczy poprzeczkę. Że przy okazji utrwali system, to mniejsza. Że po paru miesiącach czy pół roku z hukiem wyjdzie i oskarży koalicjantów o utrwalanie systemu, przeciw któremu walczy, to inna sprawa. Ale zabawa będzie.

Czyli mam jak najgorsze przewidywania.  Zero złudzeń, zero perspektyw.

Krew nie woda to Twoja pierwsza od dawna powieść zahaczająca o fantastykę. Długo Cię na tym poletku nie było…

Długo. W zasadzie taką ostatnią prawdziwą fantastyczną powieść popełniłem w 2008 roku, kończąc komediowy cykl dla Fabryki Słów.  I nawet nie to, że nie miałem pomysłów, czy że nie pisałem, bo coś tam dłubałem, przyda się teraz. Rzecz w tym, że nie miałem motywacji, aby pisać akurat fantastykę, a szczególnie – publikować ją. Jestem literacko bardzo niespokojną duszą, nie muszę wyrażać się poprzez ten gatunek. No i dobieram opakowanie do treści. Jakoś nie zagrało wcześniej, dopiero ten pomysł na Krew nie woda

W takim razie, czy możesz zdradzić, co trzymasz w szufladzie?

Trupa. A poważnie,  pracuję równocześnie nad dwiema książkami, pierwszą dla młodzieży, fabuły jeszcze nie mogę ujawnić, ale w warstwie obyczajowej opowiada o toksycznych relacjach między samymi nastolatkami, a nie tylko na linii dziecko-dorosły. Jest silny element fantastyki, ale typowy dla YA (Young Adult). Dziwna książka, ciężko mi się ją pisze, być może przyjdzie utopić w szufladzie, ale chcę się zmierzyć zarówno z tematem, jak i z pomysłem na świat.

Druga historia to komedia obyczajowa dla dorosłych. Taka totalnie zakręcona,  z bohaterami, którzy zostają „odwróceni”, bo najpierw zyskują sympatię czytelnika (mam nadzieję), a potem, cóż, życie wprowadza poprawki, i odwrotnie, ci źli, jak to w życiu, okazują się nie tak znów fatalni… Jest to też komedia omyłek. I epicka saga w pigułce, bo chciałbym o tych bohaterach napisać kilka książek, ale pewno skończy się na jednym niewydanym maszynopisie :) Tak całkiem poważnie, powiedziałbym więcej, ale nie wiem, czy nie puszczę tego pod pseudonimem, więc unikam szczegółów pozwalających rozpoznać książkę. Na razie mam nielichą zabawę wymyślając bohaterów, bawiąc się w planistę, składając to puzzle w całość. To też jakiś powrót (jak do fantastyki). Jeśli ta powieść się uda, to będzie powrotem do obyczajów mojego autorstwa, bo w klimatach blisko jej do Póki pies nas nie rozłączy, choć jest to historia o wiele bardziej optymistyczna.

Sporo czasu poświęciłeś też literaturze z pogranicza historii i historii alternatywnej…

No, od historii alternatywnej zaczynałem, Inne okręty to właściwie nawet bardziej powieść historyczna niż alternatywa. Taki Parnicki dla ubogich :) Lubię takie klimaty, właściwie gdyby nie rynek, zapewne pisywałbym takie powieści częściej. Powoli pracuję nad kolejną powieścią z historią w tle, gdzieś tam przemykającą alternatywą, no i mam pomysł na klasyczną historię alternatywną, rozważam to, przede mną poważna rozmowa z wydawcą. Ale mam też wrażenie, że czas historii alternatywnych – przynajmniej w naszej polskiej rzeczywistości – przeminął, bo czytelnicy je odrzucili, są dla nich za mało atrakcyjne, oględnie mówiąc.

W zamian za to podbijałeś ostatnio rynek dziecięcy i obyczajowy.

Tak. Szczególnie dziecięcy (to w istocie dziecięco-młodzieżowy, ale nie ma co komplikować sobie nazewnictwa). Wiesz, to jest coś, dla czego na dłuższą chwilę odstawiłem na bok fantastykę – i jestem z tego bardzo zadowolony. Pierwsza książka dla dzieci, Miłek z Czarnego Lasu, wywróciła moją karierę do góry nogami, odsłoniła nowy kawałek mapy. To się okazało zupełnie niesamowitym odkryciem kontynentu dziecięcej wrażliwości, patrzenia na inny świat – całkiem innego czytelnika. Wczucie się w ten świat jest trudne, szczególnie kiedy nie masz własnych dzieci. Ale kiedy się uda, wiesz… Dzieci po prostu w swoich reakcjach są jeszcze szczere, nie ulegają sile konwencji. Kiedy więc na przykład na spotkaniu autorskim przynudzasz, nagle pół grupy czy klasy zechce iść do toalety. Ale kiedy wywołujesz pozytywne emocje, potrafią zakrzyczeć opiekunów, żeby wytargować jeszcze kwadrans rozmowy z tobą, i to wcale nie dlatego, że urywają w ten sposób lekcję. Długo by o tym można mówić, ale w skrócie: trudniej się pisze, więcej wyciągasz zwrotnych relacji.

Kilka książek faktycznie opublikowałem, niektóre cieszą się sporym powodzeniem. To mnie nakręca do pisania kolejnych. I chyba już teraz bardziej się czuję autorem piszącym dla dzieci niż fantastycznym, choć nie zamierzam się odcinać od fantastyki, a nawet przeciwnie, nadal zamierzam ją pisywać.

A który czytelnik – młody czy dojrzały – stanowi większe wyzwanie?

Młody. I tu nie ma wątpliwości. O wiele łatwiej porozumieć się z dorosłą osobą, choćby dlatego, że możesz (choć czasem w to wątpię) odwołać się do jej rozumu. I to wystarczy – w końcu wiele powieści dociera do nas przede wszystkim w warstwie intelektualnej. Literatura dla dzieci to jednak niemal zawsze próba wywołania emocji, jeśli chcesz coś przekazać, to musi być w tle, musisz się zachować jak zręczny akwizytor. Ja tu wykorzystuję zresztą swojej doświadczenie z fantastyki: w miarę atrakcyjna fabuła, czasem fantastyczna, czasem np. kryminalna, i cała reszta przesącza się niezauważenie. Bo wiesz, taki dydaktyzm w czystej postaci sprawi, że dzieci rzucą książką po pierwszych stronach.

Stąd jesteśmy już blisko do rewelacji ostatnich tygodni. PISF dało zielone światło animacji o Miłku. Przede wszystkim – gratuluję. To duża rzecz. Możesz powiedzieć coś więcej o tym, co czeka Miłka i w jakiej formie powstaną jego przygody?

Dziękuję. To był ciężki bój, pełen zwrotów akcji, trwający dłużej niż napisanie książki. A co czeka Miłka? Wiesz, wspomniałem wcześniej, że opublikowanie tej książki zmieniło bieg mojej kariery. I stąd boję się przewidywać, bo to, co się dzieje z tą książką i wszystkim dookoła niej, wciąż mnie zaskakuje… Ale pewne jest jedno: powstanie pilot do serialu, kilkunastominutowa opowieść. Potem – chciałbym, żeby powstał serial. Później… cóż, może remake w Hollywood? Nie wiem. Poważnie nie wiem. Na pewno frapujące jest oglądanie, jak coś, co wymyśliłeś jako książkę, przeistacza się w historię opowiadaną poprzez inne medium.

To będzie typowa animacja. Przynajmniej w formie. Bo w treści… to się okaże :)

Ostatnio na Dzikiej Bandzie opublikowano listę dziesięciu najważniejszych książek, jakie przeczytałeś. Mam wrażenie, że poza stawką znalazło się też kilka interesujących pozycji…

Przyznam, że byłem do bólu szczery i nie zamierzałem nikomu imponować, stąd obawiam się, że umieściłem tam parę pozycji tyleż interesujących, co cuchnących trupem, bo dziś Cortazar jest chyba mało strawny. Podobnie wypada z obiegu Faulkner. O Goldingu nie wspomnę.

Chyba nie jest aż tak źle…

Być może, nie mnie oceniać. Ale widzę, jakie nazwiska się przewijają. Każde pokolenie tworzy sobie nowy kanon, to oczywiste, więc ja bez smutku, a ze zrozumieniem uprawiam ten apel poległych :)

W tym samym tekście napisałeś, że ogromny wpływ miał na Ciebie Mistrz i Małgorzata. Zastanawiałeś się czasem, co by było, gdyby znalazła Cię inna książka – i jaka by mogła być?

Pewno, że się zastanawiałem, przecież jestem wyznawcą roli Przypadku w dziejach świata :) fantastykę i tak bym czytał, bo już zaczynałem ją czytać, starszy brat miał parę niezłych książek na półce. Ale mógłbym stracić to, co daje mi od początku czytanie takich książek jak Mistrz…, jak Cortazar… Wiesz, takie książki nie tyle Cię zmieniają głęboko, to zdarza się niezwykle rzadko, ale za to często pokazują „tak też można”. Bułhakow pokazał mi, że można użyć fantastycznych elementów do pisania o rzeczywistości. Tę lekcję zapamiętałem dobrze – bardzo wielu moich czytelników, biorąc do ręki moje opowiadania czy później książki fantastyczne, narzekało, że to tak naprawdę obyczaje, że za mało tam fantastyki, że „nie odlatuję”. Tylko że jak patrzę na swoje książki bez dzielenia ich na gatunki, na wiek czytelnika – to one właśnie są obyczajem, mówią o nas, o otaczającej nas rzeczywistości. Wyszliśmy w tej rozmowie od Krew nie woda. Wampiry to tylko literacka maska. Myślę, że tak napisanej powieści by nie było, gdybym kiedyś nie zachwycił się Mistrzem.

Zatem Mistrz był swego rodzaju furtką dla wyobraźni. Czyli można z tego wysnuć wniosek, że po prostu – za przykładem Bułhakowa – starasz się pisać ponad podziałami?

O, wiesz, to całkiem ładnie podsumowuje naszą rozmowę, jest trafnym opisaniem tego, co próbuję robić. Tak, nie ma dla mnie znaczenia gatunek, nie dałem się wcisnąć do szufladki z odpowiednim wiekiem… Marketingowo to mi przeszkadza, może jest nawet małym koszmarem dla moich wydawców, ale za to daje wolność pisania tego, co chcę. I stąd zresztą mam też takich czytelników ponad podziałami. Na spotkaniach autorskich czy podczas targów często się okazuje, że mama dziecku kupiła moją książkę dla niego, a sobie później książkę dla dorosłych. Albo tata zna mnie z fantastyki, więc kupił dziecku książkę dla pociechy. Czytają po prostu Pawlaka :)

w-pustyni-i-w-puszczy-ost-recenzja
Poprzedni

W pustyni i w puszczy: ścieżka dźwiękowa - Sentymentalna podróż do Afryki [recenzja]

SQN
Następny

Dygot - jak zdobyć Małeckiego [konkurs]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz