WYWIADY 

Werner Herzog – fakty nie tworzą prawdy [wywiad]

[Infobox] Werner Herzog to jeden z najwybitniejszych współczesnych reżyserów. Do polskich kin trafiła właśnie jego najnowsza produkcja „Królowa pustyni”. Nam zaś twórca „Stroszka” opowiada o pracy z Klausem Kinskim, rzeczywistości i piekle. [/infobox]

 

Dzika Banda: Czym dla pana jest w kinie rzeczywistość?

Werner Herzog: Poszerzmy to pytanie –  a co jest dziś rzeczywistością? Musi pan zrozumieć, że fakty nie tworzą prawdy.

To co ją tworzy?

Reżyser lub pisarz musi układać je w całość aby dały jej obraz. Musi w nich grzebać szukać klucza, aby pokazać w efekcie wiarygodny obraz tego co otacza.

Michael Moore w swoich filmach przekręca nagrane rozmowy oczerniając niewinnych ludzi jak było choćby w przypadku aktora Charltona Hestona w „Zabawach z bronią”, gdzie tak zmanipulował jego wypowiedzi, iż niemal uczynił z niego psychopatę.

Nie interesuje mnie to co robi Moore. Jego sposób kręcenia filmów jest jego sposobem i proszę z nim o tym rozmawiać. Natomiast oczywiście ma pan rację – są pewne rzeczy, których w dokumentach się nie powinno robić. Nie krzywdzimy postronnych osób, nie pokazujemy śmierci. Jeśli jakiś bohater umiera, czy obserwujemy egzekucję, kamera ma być wyłączona. Tworząc dokument nie kupczę śmiercią i tragedią, a próbuję zrozumieć sens ludzkiego postępowania. Mówił mi pan, że uwielbia „Grizzly Mana”, bardzo miło mi to słyszeć, a więc wie pan, że jest to bardzo dobry przykład na to o czym mówimy.

O pokazywaniu śmierci?

W „Grizzly Man” nie pokazuje śmierci bohatera, nigdy bym tego nie zrobił. Mówię o manipulacji. Timothy Treadwell, człowiek który mieszkał z niedźwiedziami grizzly, bohater tego dokumentu nie żył gdy zacząłem go kręcić. Pożarł go i jego dziewczynę niedźwiedź. A zatem nie mogłem z nim rozmawiać, konfrontować naszych poglądów na świat natury. Zrobiłem w tym wypadku to co mogłem najlepszego. Timothy mieszkając pośród niedźwiedzi ciągle się nagrywał marząc o własnym wielkim filmie. A zatem dałem mu film. Zmontowałem jego taśmy, dorzuciłem wypowiedzi znajomych, świetną muzykę napisaną przez Richarda Thompsona oraz własny komentarz. Polemizowałem z nim choć nie mógł na moje zarzuty odpowiedzieć. A przecież różniliśmy się w podejściu do natury, w jej rozumieniu. Dla Timothy’ego przypominała ona kreskówki z filmów Disneya, gdzie pełno dobrych niedźwiadków. Rzeczywistość okazała się jednak tragiczna i zupełnie inna. W efekcie powstał film, który zderza w sobie dwa zupełnie inne podejścia do świata natury i w miarę obiektywny sposób to pokazuje.

W przypadku tego filmu zwolennicy Timothy Treadwella zarzucili panu iż stworzył pan portret idioty.

Kręcąc film nigdy nie uda ci się sprawić przyjemności każdemu. Oczywiście nie chciałem pokazywać idioty, a człowieka zagubionego i poszukującego, który miał, co tu kryć dusze showmana i ciągle popisywał się przed kamerą.

W pana filmografii znajduję się film nietypowy, bo o sporcie „Wielka ekstaza snycerza Steinera”. Podobno uznaje Pan ten film za jeden z najważniejszych w karierze.

Nie najważniejszych a mi najbliższych. Otóż mając piętnaście lat parałem się skokami na nartach. Niestety po tragicznym wypadku mojego kolegi zrezygnowałem z tego sportu. Opowieść o szwajcarskim skoczku Walterze Steinerze, który w latach siedemdziesiątych był rekordy w skokach na nartach. Kiedy go kręciłem wróciły do mnie wspomnienia z dzieciństwa i marzenia o skokach, dlatego bardzo lubię ten film i jest bliski memu sercu, choć na pewno nie jest najlepszym jaki nakręciłem.

Ogląda Pan swoje stare filmy?

Nie mam tego w zwyczaju.

Boi się Pan, że mu się nie spodobają? Że chciałby Pan w nich coś poprawiać?

Może mi pan nie uwierzy, ale nie wynika to ze strachu czy wstydu. Po prostu nie mam ku temu okazji i nie czuję takiej potrzeby.

A zdarzyło się Panu kiedyś pracować na filmem dokumentalnym, który nagle w wyniku zdobytych nowych faktów o bohaterze, zamienił się w kompletnie inny film?

Chyba nigdy. Gdy zaczynam pracę mam już wizję całego filmu i posiadam wiedzę niezbędną do prowadzenia narracji.

Mówił Pan wielokrotnie w wywiadach, że nie szuka pan pomysłów na filmy, że idee same do Pana przychodzą. To zdanie zdaje się idealnie określać bohaterów pańskich filmów zarówno fabuł jak dokumentów: to ludzie owładnięci ideami. Fizcarraldo operą w dżungli, Treadwell chce żyć z niedźwiedziami, Aguirre podbić świat, Steiner skakać najlepiej jak potrafi…

Moje postacie to owszem często ludzie z pasją, ale też i ludzie pogubieni, szukający miejsca w życiu, bardzo często przez swoje nieprzystosowanie do świata popadający w obłęd. Co do mojego opętania ideą i sposobu tworzenia filmów, to nie do końca jest tak, że mam pomysł i zaczynam kręcić film.

Sławę i pozycję jednego z najwybitniejszych współczesnych reżyserów przyniosły Panu filmy fabularne takie jak choćby „Fizcarraldo” czy „Stroszek”. Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę z faktu iż nakręcił Pan więcej dokumentów niż fabuł.  Czy praca nad filmem dokumentalnym to bardziej intymne i osobiste doświadczenie? W końcu na planie fabuły jest Pan otoczony aktorami, statystami w dokument zaangażowane jest o wiele mniej osób.

Ktoś z zewnątrz może odnieść takie wrażenie ale jest ono nieprawdziwe i mylne. Kręcenie filmu czy to fabuły czy dokumentu to ciągłe zmaganie się z opanowaniem chaosu, ponieważ na planie może zdarzyć się dosłownie wszystko. Przesunąć się dni zdjęciowe, przez pogodę rozsypać plener, techniczni mogą pokłócić się z aktorami. Wszystko może się zdarzyć a ty jako reżyser musisz to ogarnąć. Wracając jednak do pana pytania. Owszem nie wszyscy wiedzą, że nakręciłem więcej dokumentów niż fabuł. Jeszcze mniej osób zdaje sobie sprawę z faktu iż dokument a fabułę dzieli bardzo cienka czasami niemal niezauważalna granica.

To znaczy, że część Pana dokumentów to fabuły?

Dokładnie tak jest. Cała masa moich dokumentów to filmy, które mają wybierany plan zdjęciowy, rozpisane sceny, dialogi a więc w konstrukcji bliżej im do filmu fabularnego, który przez swoją konwencję udaje film dokumentalny. To zjawisko przecież powszechne w literaturze. Czytał pan zapewne jakąś powieść napisaną w formie wymiany korespondencji między kochankami, znajomymi itp. Niby są to listy, ale naprawdę nikt ich nigdy nie napisał do kobiety czy przyjaciela. Od początku do końca wymyślił je pisarz tworząc w ten sposób świat swojej powieści. To oszustwo ma na celu dodanie autentyczności czytanej przez pana historii i bardzo często ten zabieg się udaje. W kinie jest tak samo.

Tyle że w filmie dokumentalnym opiera się Pan na faktach, a w powieści epistolarnej na wyobraźni.

Fakty i ich interpretacja tworzą rzeczywistość, którą podaję panu w formie filmu.

Pan przed laty nakręcił wybitny horror o wampirach czyli „Nosferatu”, dwie dekady później na świecie zapanowała moda na wampiryczne historie o zakochanych krwiopijcach…

Mody zawsze wracają proszę pana, czy tego chcemy czy nie. A wampiry nigdy, ale to nigdy nie znikną z popkultury z prostego powodu. To mit, który po pierwsze odnosi się do naszej mrocznej natury, po drugie oswaja śmierć. Bo przecież wampir to postać, która pokonała naturalny bieg rzeczy i zmartwychwstała. Co więcej mit wampira z wszystkich popkulturowych potworów jest najbardziej uniwersalny bowiem dociera i oddziałuje zarówno na kobiety jak mężczyzn. Moda na wampiry i filmy jak „Zmierzch” to oczywiście infantylizacja postaci wampira, ale też dowód na nieśmiertelność tej postaci.

Piekło także oddziałuje na wyobraźnię. Wierzy pan w nie?

Jeśli pyta pan o to czy jestem religijny to powiem tak nawróciłem się na katolicyzm w wieku 14 lat. I to chyba wszystko co chciałbym powiedzieć o mojej wierze.

Nie miałem zamiaru wyciągać od Pana wyznania wiary. Pytam bowiem Abel Ferrara powiedział w, że życzy Panu, aby zdechł Pan w piekle. Dotyczyło to filmu „Bad Lieutenant: Port of Call: New Orlean”.

A no tak słynne słowa Ferrary (śmiech). Spokojnie nie boję się piekła na które mnie skazał (śmiech). To była dość absurdalna sytuacja, bowiem  Ferrara twórca kultowego filmu „Zły porucznik” (oryginalny tytuł „Bad Lieutenant” – przyp. red) był święcie przekonany że nakręciłem remake jego dzieła. Nie widział filmu, nie czytał scenariusza, ale za to narobił sporo krzyku. Oczywiście mój film nie ma nic, poza tytułem, wspólnego z jego. Właścicielem tego tytułu był producent i stąd wzięła się zbieżność. Żeby odróżnić nasze filmy wymogłem, aby pojawił się podtytuł „ Port of Call: New Orlean” ale to i tak nie uspokoiło Ferrary. W efekcie doszło do bardzo ekspresyjnej wymiany zdań między nami, którą podchwyciła prasa. Umówmy się ale to dość atrakcyjne gdy na filmowym festiwalu kłóci się między sobą dwóch znanych reżyserów. Zafundowaliśmy Wenecji mały mecz hokejowy, czy raczej bijatykę, dla których przecież takowe mecze wiele osób ogląda.

A jak skończyło się to wasze nieporozumienie?

Ferrara podobno w końcu obejrzał mój film i wycofał moje skazanie na piekło. (śmiech).

Czy któryś z tych aktorów posiada w sobie choć odrobinę tej charyzmy i szaleństwa jaką miał pana ulubiony aktor, czyli Klaus Kinski?

Klaus był nie do zastąpienia – był unikatem i oryginałem którego trudno podrobić czy zastąpić. Zwracam jednak panu uwagę, że nie był najlepszym aktorem z którym pracowałem. Za takowego zawsze będę uważał Bruna S.

Z Kinskim zrobił pan zaledwie pięć filmów ale cztery z nich przeszły do historii kina.

A poza nimi Klaus zagrał w chyba ponad 200 innych.

Między innymi „Kubie Rozpruwaczu” Jose Franco, czyli jednego z najgorszych reżyserów w historii kina.

O matko zagrał w czymś takim? Nawet nie wiedziałem, co akurat mnie nie dziwi Klaus grał w całej masie tak idiotycznych filmów, że trudno to ogarnąć.

Jednym z najgorszych był chyba „Nosferatu w Wenecji” podróbka waszego „Nosferatu”.

Której nie da się oglądać (śmiech). Ale dość tego o zmarłych albo wcale albo…

Wspomniał Pan Bruna S. człowieka który zagrał w „Stroszku” jednym z Pana najbardziej depresyjnych filmów. Podobno po jego obejrzeniu lider Joy Division, Ian Curtis popełnił samobójstwo. Zna Pan te historię?

Znam niestety. I co człowiek ma pomyśleć po czymś takim? Czy był to komplement czy wyraz dezaprobaty? Ale mówiąc zupełnie poważni. Nie znam muzyki Joy Division i nigdy nie poznałem lidera tej grupy, ale musiał być głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, który nosił w sobie całą masę problemów i frustracji, które pchnęły go do podjęcia tego ostatecznego kroku. „Stroszek” był zapewne maleńkim elementem tła, być może katalizatorem, ale nie powodem dla którego odebrał sobie życie. Matko, tego mi jeszcze brakuje, żeby kręcił filmy po których ludzie chcę się zabijać (śmiech).

To mówiąc poważnie – pańskie filmy bardzo często są przesiąknięte smutkiem i brakiem nadziei.

Ale nie są takie zawsze! Są to też filmy o nadziei i potędze wyobraźni! Pan spojrzy na takie „Fizcarraldo” to film o marzeniu, o człowieku który za wszelką cenę je realizuje. Tak więc nie zgadzam się ze zdaniem, iż tworzę tylko ponure filmy. Zresztą nakręciłem ich już ponad pięćdziesiąt i sporo z nich nie jest przygnębiające.

Podobno przymierza się Pan do nakręcenia przeróbki filmu „Dr Giggles”?

Do czego się przymierzam?

Nowej wersji bardzo okrutnego horroru z początku lat 90. o szalonym lekarzu „Dr Giggles”.

A gdzie pan to wyczytał?

W Internecie.

To absolutna wyssana z palca bujda. Nie mam w planach realizowania jakiegoś okrutnego horroru.

Ale kręcić filmów fabularnych ma Pan zamiaru przestać?

Absolutnie nie. Pracuję teraz nad czterema projektami fabularnymi, który z nich wypali pokaże czas.

 

Drugie życie, Sonia Draga
Poprzedni

Drugie życie - dziewczyna z sieci [recenzja]

TT_cover
Następny

The Big Ass Beer to Go - Bluesowa petarda [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz